14 lutego 2015

Happy Valentine's Day ღ

Cześć wszystkim. W tym wyjątkowym dniu dla niektórych osób, postanowiłam napisać wpis. To kolejna notka, która pewnie nie wniesie nic do Waszego jakże cennego życia. Ale robię to nie ze względu na Was, ale dla siebie, dla czystej przyjemności. Oczywiście jestem szczęśliwa, gdy osoby czytają mojego bloga i wiem, że to co piszę, chociaż to w większości same głupoty, nie idą na marne. Nie jetsem dobra w blogowaniu, chyba nie mam tego drygu, ale wciąż próbuję na nowo, to mnie całkowicie pochłonęło i chociaż nie piszę czystym pięknym językiem potocznym, piszę to co czuję, własnymi słowami, niekoniecznie pięknymi. Więc tak - dzisiejsze święto. Czy tak naprawdę każdy z Nas zdaje sobie sprawę kogo to jest święto? Tak naprawdę Święty Walenty jest patronem osób chorych na epilepsję (czyt. padaczka). Więc tak jak ktoś mi kiedyś pięknie to powiedział: "przechodzisz Kinga podwójne święto..."



Czym tak naprawdę jest według Was miłość? Bo według mnie prawdziwa miłość objawia się wtedy, gdy tak naprawdę sami nie wiemy dlaczego kochamy właśnie tą, a nie inną osobę. Bo jeśli kogoś kochasz za jego urodę, to nie jest miłość, ale pożądanie. Jeśli kogoś kochasz za jego inteligencje to nie jest miłość, lecz podziw. Jeśli kochasz kogoś dla jego majątku, to nie jest miłość, ale zainteresowanie. Ale właśnie jeśli kochasz kogoś i nie wiesz dlaczego, to jest prawdziwa miłość w moich oczach.


Bo miłość to nie pluszowy miś, ani zabawka, którą można rzucić w kąt, kiedy Nam się znudzi. Miłość jest od pewnego momentu w Naszym życiu, aż do końca. Tak wygląda piękna prawdziwa miłość. Oczywiście na Naszej drodze do perfekcyjności stawia Nam wiele przeszkód, ale jeśli dane osoby się kochaja to nic, ani nikt nie zaburzy ich harmonii. 


W moim przypadku wyglądało to różnie. Miałam sporo chłopaków, ale tych co kochałam naprawdę i szczerze i myślałam o nich dzień i noc było trzech. Pierwszego chłopaka miałam już w wieku 13 lat. Czy to była prawdziwa miłość? Nie wiem czy taka 13-tka wie, co to znaczy. Ja nie wiedziałam, ale i tak byłam pełna podziwiu i miałam wielki szacunek do mojego chłopaka. Byliśmy najpierw przyjaciółmi. Dobre 6 lat. Niby nic niewinnego, jak dzieci zachowywaliśmy się, aż w końcu pękło w Nas to coś i zauważyliśmy, że nadajemy na tych samych falach, że pasujemy do siebie. Że coś Nas łączy, zaryzykowaliśmy i postanowiliśmy być razem. Totalny spontan. Kto tak robi? Nie mam pojęcia. Prawdopodobnie właśnie dzieci z buzującymi hormonami. Ale to było coś tak pięknego, tak wspaniałego. Nigdy nie zapomnę o Nim, dlatego, że on był moim pierwszym. Był wszystkim i nadal jest. Teraz jesteśmy jedynie przyjaciółmi, ale czy to coś zmienia między Nami? Nadal potrafimy mówić do siebie czule, troszczyć się o siebie i pomagać oraz doradzać. Żałuję, że Nasz związek nie przetrwał. Ale i tak jak na pierwszy poważny związek byliśmy razem długo. W końcu dwa i pół roku to nie taka mała znowu liczba.


Po pierwszym chłopaku sporo czasu nie mogłam się pozbierać. Nie wierzyłam w takie coś jak miłość. Miałam kilku przelotnych chłopaków, ale albo Nam nie wychodziło, albo to po prostu nie było to. Nie nadawaliśmy na tych samych falach, ciągłe kłótnie, wszystko było takie bez sensu.


Według mnie moją drugą jakby prawdziwą miłośc poznałam w roku 2013. To było coś innego od poprzedniejszego związku. Nie dosć, że koleś był dużo starszy ode mnie to miał w sobie coś przez co ja nie mogłam przestać o Nim myśleć. Głupota - 17 latka zakochuje się w 38 latku, to praktycznie niemożliwe. Jak można darzyć miłością osobę, która praktycznie mogłaby być Twoim ojcem? Chore? Prawdopodobnie. Ale działałam chyba wtedy pod wpływem impulsu. Brakowało mi czułości, kogoś - kto powie mi, że jestem tą jego jedyną, wymarzoną dziewczyną, ktoś kto mnie wesprze w trudnych chwilach, a ja jego. Zakochałam się, związek trwał krótko, ale to było fantastyczne przeżycie. Również do tej pory utrzymujemy kontakt. Rozmawiamy, pomagamy sobie. Nie mamy do siebie pretensji, że to tak się skończyło, bo dlaczego tak miałoby być? Nie o to przecież w tym wszystkim chodziło. 


Dobra. Przejdźmy do konkretów. Rok 2014 był rokiem dosyć działającym na spontanie. W większości moje decyzje były tak podejmowane. Przez ponad pół roku nie myślałam, że się w kimkolwiek innym zakocham. Znowu traciłam nadzieję, wiary nie było. Próbowałam nie myśleć o tym, dlatego umilałam sobie czas jak najlepiej potrafiłam. Zatraciłam się w tym co nie powinnam. Weszłam w falę grzechu. Chodziłam na spotkania z przyjaciółmi i tam dopiero się działo. Zapominałam o rzeczywistości i nic nie brałam na poważnie. Przyszedł czerwiec. Końcówka czerwca i wtedy się zaczęło...


Pamiętam ten dzień jakby to było tak niedawno, kilka dni temu dosłownie. Siedziałam na gadu-gadu, miałam otwarte okno i padał deszcz. Mój tata był w pracy, a ja się strasznie nudziłam. Pisałam z różnymi kolesiami, oglądałam filmy, seriale, śpiewałam sobie. Nagle - ni stąd, ni z owąd napisał do mnie jakiś chłopak. Popatrzyłam skąd jest, był z moich okolic. Odpisałam mu. Nie wiedziałam, że coś z tego wyniknie. Zaczęliśmy pisać. Pisaliśmy długo, wręcz nałogowo i natarczywie ze sobą. Było miło. Nie myślałam, że do czegoś dojdzie. Bałam się chyba nowego uczucia. 


Po 5 dniach znajomości chłopak, dodatkowo młodszy ode mnie o rok napisał mi, że mnie kocha. Pomyślałam sobie: totalny świr! Jak można kogoś pokochać po 5 dniach, nie widząc tej osoby? Nie czując, nie rozmawiając, nie wiedząc nawet jak wygląda? To było dla mnie śmieszne. Potraktowałam to dosyć obojętnie. Zwisało mi to, że tak brzydko się wyrażę.


Nalegał bym podała mu facebook'a, potem numer telefonu. Gdy do tego doszło gnębił mnie wręcz spotkaniem. Odmawiałam. Naprawdę bałam się. Przedłużałam to. Być może chciałam go poznać bardziej. Nie wiedziałam o Nim praktycznie nic. Rozmowy były dosyć ciekawe, kreatywne, na luzie totalne. Dobrze się przy Nim czułam. Myślałam nad spotkaniem ponad miesiąc. Aż w końcu do niego doszło...


Było to dokładnie 2 sierpnia 2014 roku. Był dostępny na facebooku, o 10:40 napisałam do niego: 'czy ma czas?', 'czy nadal ma ochotę się ze mną spotkać?'. Nie zaprzeczył. Wręcz potwiedził. Pełna strachu, lęku przed spotkaniem zapytałam się więc czy 'dzisiaj może się spotkać?' chociażby za chwilę, zgodził się. Wzięłam ze sobą na spacer psa i wyszliśmy po niego na stację. Przez całą drogę rozmawialiśmy. Czułam i w jego głosie, że się obawia czegoś, że jednak nie wyjdzie. W końcu spotkaliśmy się. Nie widzieliśmy co do siebie powiedzieć. Krótkie 'cześć' i 'chodźmy do mnie do domu'. Reszta drogi praktycznie w milczeniu. Nie wiedziałam co o tym myśleć. 


Na końcu spotkania przytulił mnie i powiedział, że 'to jest to' i że kocha mnie. Byłam zszokowana tą reakcją. Nic nie odpowiedziałam, po prostu wtuliłam się bardziej w niego, a moje serce momentalnie zaczęło mocniej bić. Uniosłam głowę i spojrzałam w jego tęczówki. Miał te iskierki w oczach, pełne dobroci i miłości. Nie muszę chyba Wam całości opowiadać. Ale tak, dałam mu szansę, tak - zakochałam się w Nim. Tak, kocham go pewnym sensie do tej pory, chociaż zaczynam go nienawidzć, przede wszystkim za to, jak ze mną zerwał. Tak się nie robi, jak kogoś się kocha. Mówi się szczerze - nie okłamuje, nie unika, nie omija uczucia i udaje się, że jest wszystko w porządku, a na następny dzień po prostu zrywa, dodatkowo bez powodu. To niemiłe przeżycie. Długo nie mogłam sie pozbierać. Moje serce było rozdarte na tyle milionów kawałków. Pocieszała mnie rodzina, wszyscy, bliscy, znajomi, przyjaciele i pojedyncze osoby, takie jak nowi znajomi. Wszyscy go nienawidzili, za to przede wszystkim co mi zrobił, że ja tak cierpiałam, płakałam, a on miał to po prostu gdzieś. Ból nie do opisania. Ból, który niekomu nie życzę. 


Usłyszałam jego imię - płakałam, widziałam już go wszędzie. Myliłam go z innymi chłopakami. Ale gdy już właściwie mi przechodziło znowu pojawił się on na mojej drodze, powiedział, że chce wybaczenia i że chce się kumplować. Ja - głupia i naiwna, dałam mu tą szansę i wiem, że w tym właśnie dniu, gdy ją dałam, zrobiłam największy błąd mego życia. Znowu wszystko do mnie wróciło. Każde wspomnienie, to były kolejne dni bólu, cierpienia i rozpaczy. Pewnego dnia, zapytał się mnie co bym mu odpowiedziała, jakby zapytał mnie ponownie o chodzenie. Dobre pytanie w sumie. W sumie z jednej strony tak, z drugiej nie i znowu ten uścisk w żołądku co robić. Kochałam go, ale teraz już nie. Chyba mi przeszło i cieszę się. Jestem teraz szczęśliwa. Dlaczego?


W tym samym okreise, gdy miałam depresję po zerwaniu z moim byłym, był przy mnie pewien inny chłopak. Widziałam w Nim jedynie dobrego kumpla, pomagał mi, wspierał i pocieszał. Słuchał moich wyżaleń, był zawsze - gdy byłam wesoła i gdy byłam wściekła. Gdy krzyczałam na niego, uspokajał mnie, mówił, że będzie zawsze przy mnie w trudnych chwilach. Urocze, prawda? Jak mogłam być tak ślepa i właśnie jego nie zauważyć? Po pewnym czasie, po kilku rozmawach uświadomiłam sobie, że coś do niego czuję. Każda kolejna rozmowa przyśpieszała na nowo bicie mojego podziurawionego serduszka. Czułam się taka przy Nim szczęśliwa, nazwałąm go nawet 'prywatnym antydepresantem'. 


Nie minęło kilka tygodni, a wyznał mi miłość. Czyli przez ten cały czas czuł coś do mnie? Odwzajemniłam. Wiedziałam, co do niego czuję, to nie było nic niepewnego. Teraz niedługo mija Nam ponad dwa miesiąca kiedy jesteśmy parą. Jesteśmy w sobie szaleńczo zakochani. Nie planujemy nic na przyszłość, choć chcemy być ze sobą do końca. 


Jest dla mnie wszystkim i mam nadzieję, że Nasz związek przetrwa wszystko. Wiem, że po drodze będą trudności, ale razem je pokonamy. Nie wyobrażam sobie życia bowiem bez niego, jest dla mnie wszystkim co mam. Moim promyczkiem, skarbem, kochaniem, antydepresantym. Wszystkim co mogłam sobie wymażyć. Moim królem, miłością mego nędznego życia. Kocham go i nic, ani nikt tego nie zmieni.
Dlatego wszystkim zakochanym, życzę...


Przede wszystkim dużo miłości, szczęścia, radości. Ufajcie sobie i wierzcie, wspierajcie i pomagajcie. Bądźcie dla siebie najlepszymi przyjaciółmi, braćmi, siostrami, czymkolwiek chcecie. Niech liczy się dla Was tylko ta druga połówka, nikt inny. Niech nikt nie zaburzy Waszej harmonii. Liczycie się tylko Wy i jesteście częścią siebie. Jedną wielką jednością, prawda? Miłość jest czym wspaniałym. Bo bez miłości, nigdy nie doznacie tak naprawdę szczęścia, nie będziecie wiedzieli co to prawdziwy ból. Jeśli kochacie, walczcie, nie poddawajcie się. Niech ta druga połówka będzie dla Was wszystkim, tak jak dla mnie moja. Miłego spędzenia Wam tego dnia życzę i wszystkiego co najlepsze. Nie wiem kiedy będzie kolejny wpis, ale mam nadzieję, że niebawem pójdę w plener ze znajomymi i razem coś wymyśliśmy, więc do napisania.















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz